|
Miłość się nie kończy

To
zdarzyło się prawie równocześnie. Na świat przyszedł Tadziu, a drugi
syn Doroty i Sebastiana Antoś ciężko zachorował. Zdiagnozowano u niego
chłoniaka. Mały chłopiec ma kilka miesięcy, żeby znaleźć odpowiedzi na
pytania, na które człowiekowi nie starcza życia. Cały czas są przy nim
rodzice. Antek
wyszedł ze szpitala w piątek, a w niedzielę Dorota urodziła Tadzia. Och,
jak to dobrze, że Antek nie musiał już leżeć w szpitalu, że mógł w domu
szaleć z radości z narodzin brata, od dawna już obdarzonego oceanem
miłości, cieszyć się nim, czule przemawiać do swojego "Tadzieńka,
Tadziuchny kochanej", wygłupiać się, brać na ręce. Oto wymarzony,
ukochany brat, któremu on, Antek, przekaże swoje miecze, którego
wszystkiego nauczy. Tadzio oczywiście tylko jadł i spał, jak to
noworodek. Wystarczyło jednak, że zaczął płakać i Antek zjawiał się przy
nim: - Mamo, Tadzio płacze! Mamo, chodź do Tadzia! (…)
Znów w szpitalu Lekarze chyba
już podejrzewali, jaki jest powód takiego osłabienia, położyli Antka w
osobnej sali. Przeprowadzili szczegółowe badania, w tym USG. Radiolog
bardzo dokładnie zbadał brzuch chłopca. Zapytał, pod czyją Antek jest
opieką. - Doktora takiego i takiego. - Odwrócił się do asystującej
pielęgniarki: - Proszę natychmiast wezwać go do mnie. Dorota stała obok.
- Czy coś się dzieje? - Proszę pani, ja jestem usługodawcą w stosunku
do lekarzy. Z nimi będzie pani rozmawiała. W ogóle prawie się nie
odzywał, podpytywał tylko, od kiedy Antek jest leczony, czy był
konsultowany itd. Przyszedł wezwany lekarz. Radiolog wyprosił Dorotę,
zamknął się z nim na rozmowę. Nie mogło być wątpliwości -
działo się coś niedobrego, ale przecież profesor onkologii, sława
ogólnopolska, stwierdził, że to nie jest nowotwór. - Proszę pani, nasz
radiolog uważa, że to jest chłoniak, ale to niemożliwe. Po pierwsze,
dlatego że dzieci nie mogą przeżyć tak długo z takim nowotworem. Po
drugie badania wykazują coś innego, po trzecie, konsultujący Antka
profesor onkologii stwierdził, że... itd. Przewieziemy was teraz do
szpitala onkologicznego, ale właściwie tylko po to, żeby potwierdzić, że
to nie jest nowotwór. - Dobrze, jedźmy, niech onkolodzy potwierdzą, że
nie jest. W innym świecie Badania,
konsultacje z onkologami i chirurgami trwały kilka dni, po których
nastąpiła rozmowa z ordynatorem chirurgii. Spokojny, bardzo rzeczowy,
trzymający dystans człowiek. - Proszę pani, my nie wiemy, co to jest.
Nie będziemy w stanie niczego powiedzieć, dopóki nie otworzymy brzucha,
nie obejrzymy i nie pobierzemy tkanek do badania histopatologicznego.
(...) Zaczęła się trwająca cztery godziny operacja. Dorota i
Se-bastian czekali na korytarzu z maleńkim Tadziem. Pierwsza z sali
wyszła lekarka onkolog, kłębek emocji, nie operowała, co jakiś czas
chirurdzy prosili, żeby obejrzała to, co oni otworzą, krążyła więc
między salą operacyjną i oddziałem. - Bardzo źle to wygląda,
wszystko powiem po operacji. Pobiegła na górę, na onkologię. Później
wyszła chirurg, starsza, sympatyczna pani. - Proszę państwa to jest
stary, rozrośnięty chłoniak. Bardzo stary, bardzo rozrośnięty. Zupełnie
nietypowy przebieg. I jedyna nadzieja właśnie w tym, że on jest tak
stary, może obumarły, łatwiej będzie go leczyć. Młode chłoniaki są
bardzo agresywne, szybko zabijają. Ten długo rósł, Antek żył z nim od
dawna. Słuchali tego, płacząc przerażeni. Co mogli powiedzieć? Co
lekarka mogła dodać? Jedyne, co mogła, to obrócić ich jedno do drugiego i
delikatnie pchnąć ku sobie, żeby się przytulili. Po
tygodniu od operacji można było zacząć pierwszą chemię. Antek został
przeniesiony piętro wyżej, na oddział onkologii. Razem z Dorotą i
Sebastianem weszli w zupełnie inny świat. Tu śmierć gości jeśli
nie co dzień, to na pewno co tydzień. Cały oddział wypełnia nieustanny
straszliwy ból. Na małej sali na łóżkach leżą dzieci, pod łóżkami, w
przejściu, śpią rodzice - żyje się z dzieckiem w szpitalu. Nie chodzi
tylko o podtrzymywanie psychiczne, ale o konkretną opiekę, jakiej wymaga
ciężko chore dziecko przyjmujące leki wywołujące silne skutki uboczne -
biegunki, mdłości, wymioty, bóle głowy, zapalenia jamy ustnej, problemy
z przyjmowaniem pokarmów, silne wahania nastrojów - od agresji do
apatii. Na onkologii żyje się razem. Ludzie z całej Polski
zostają wyrwani ze swoich domów i szpital na długie tygodnie czy
miesiące staje się całym ich światem. Wprawdzie Dorota i Sebastian nigdy
nie stali się stuprocentowymi rodzicami szpitalnymi - mieszkają w
Warszawie, niedaleko szpitala, codziennie wracali więc do domu - musieli
jednak podobnie jak inni nauczyć się żyć i poruszać w nasiąkniętej
chorobą i śmiercią atmosferze. (...) Przy Antku w dzień czuwała Dorota.
Wieczorem musiała wrócić do domu nakarmić Tadzia. W szpitalu na
karimacie nocował Sebastian. Kończył pracę późno i choć Antek dzielnie
walczył ze snem, rzadko udawało mu się doczekać przyjścia taty. Kiedy
się budził, zazwyczaj przy łóżku zastawał mamę, która przychodziła o
ósmej, żeby Sebastian mógł pójść do pracy. I ja wyzdrowieję, tak? W
ciągu tych kilkunastu dni spędzonych w domu z mamą i Tadziem, między
drugą i trzecią chemią, Antek wyraźnie się uspokoił, rozpogodził. Lubił
siedzieć w rozświetlonej letnim słońcem kuchni i mówić, pytać, opowiadać
coś zajętej pracą mamie, być blisko niej. Promieniał szczęściem, choć w
rozmowach stale przewijała się gorzka myśl o konieczności powrotu do
szpitala. Czekał go trzeci z sześciu w sumie cykli chemioterapii, miał
za sobą prawie połowę leczenia. - Ale przecież - stwierdził na kilka
dni przed końcem przepustki - wy jesteście moimi rodzicami, wy mnie
kochacie. Dlaczego nie możecie uciec ze mną daleko od szpitala, żebym
już nie musiał wracać, żeby mnie nie kłuli? Dorota, która zawsze
sądziła, że tylko wspólnie z Sebastianem mogą powiedzieć mu, na co jest
chory, miała pewność, że właśnie teraz, nie kiedy indziej - powinien się
dowiedzieć. Odłożyła nóż, którym kroiła warzywa, podeszła do stołu,
kucnęła przed siedzącym na krześle Antkiem, wzięła go za ręce. Zaczęła
rozmowę twarzą w twarz, spojrzeniem w spojrzenie. - Antek, ty jesteś
bardzo ciężko chory. Tylko robiąc ci te zastrzyki i podając lekarstwa,
lekarze mogą cię uratować. Mnóstwo osób modli się za ciebie, wspomaga w
ten sposób medycynę. Ale te zastrzyki i lekarstwa są konieczne, bo ty
jesteś bardzo ciężko chory. (...) - I ja wyzdrowieję, tak? - Antek,
gdybym nie była tego pewna, to bym ci tego wszystkiego nie powiedziała.
Wiem na pewno, że wyzdrowiejesz. (...) Nasza wspólna część Sebastian
przychodził z pracy, przebierał się, szedł do Antka. To było oczywiste.
Chociaż naprawdę ciężko wtedy pracował i wracał bardzo zmęczony, a na
dworze panowały wilgotne, zimowe ciemności ani jemu, ani Dorocie nie
przemknął nigdy nawet cień myśli, że mieliby powody, by skarżyć się na
ciężar sytuacji. Tak głębokie jest poczucie sensu tego, co się robi. I
pośród tych ogromnych trudności organizacyjnych, ciągłego zmęczenia,
Sebastian postanowił sobie, że codziennie będzie chodził na mszę św.
Konsekwencja, z jaką trwał w tym postanowieniu, zadziwiała Dorotę,
czasami nawet drażniła, kiedy właśnie wyjątkowo mieli chwilę dla siebie,
a on wychodził do kościoła.
Czasem
nachodziła ją buntownicza myśl: łatwo sobie tak postanowić i wychodzić,
choćby się waliło i paliło. Też bym tak chciała. Ale wiedziała, że
Sebastian chodząc codziennie na mszę św. i przyjmując komunię św., robi
to za nich oboje. Ona zostaje w domu, bo musi nakarmić i uśpić dzieci,
on wychodzi. Jedność małżeńska, spajana coraz silniej świadomością, że
mogą utracić Antka - ich wspólną część, czyniła wzajemną jej ofiarę
pozostania w domu. Inna sprawa, że momenty, kiedy już zostawali sami,
były najtrudniejsze, natychmiast spływali łzami. Przy dzieciach jedno i
drugie okazywało siłę i spokój. (...) Kuracja ostatniej nadziei Potyczka
z NFZ o sprowadzenie lekarstwa trwała tydzień. Przez ten czas nowotwór
rozrastał się w spokoju. Wielki brzuch zawadzał Antkowi, utrudniał
poruszanie się, siedzenie. Codziennie podczas porannego obchodu lekarka
stwierdzała, że powiększył się o kolejne pół centymetra. Przyszedł
kiedyś na obchód profesor, o którym mówiło się, że jest "nieprzyjemny".
Obejrzał ten brzuch, podszedł do Doroty. Jej ufne: i jak, panie
profesorze? - oczekiwało odpowiedzi pocieszającej. On popatrzył i sucho
stwierdził: No, wie pani, przecież gołym okiem widać, że nowotwór
szaleje. Przecież to wszystko w środku to jest rak. Zawołał go ktoś,
wyszedł. Rzadko zdarzało się jej płakać przy ludziach, ale kiedy
zostawił ją samą usiadła i ryczała, na szczęście Antek spał. Jak ten
profesor mógł to powiedzieć? Jak? A on po prostu mówił prawdę, mówił,
jak jest i dlatego uchodził za "nieprzyjemnego". Pod koniec
stycznia nadeszło lekarstwo, kuracja mogła się rozpocząć. Do tej pory
poddano jej zaledwie kilkoro dzieci w Polsce. W tym szpitalu żadne nie
przeżyło. A w innych? Tego lekarka nie wiedziała. A skoro nie wiedziała,
to znaczy, że jakieś na pewno przeżyło (...). Oczekiwanie na działanie
podawanego dopiero w trzecim cyklu chemii nowego leku było także długie.
Po kolejnym USG poprosiła ją do siebie lekarka. Lek nie zadziałał.
Wybił część komórek rakowych, ale te najsilniejsze pozostawił. Mniej
więcej wtedy jeden z lekarzy zapytał Antka: Jak tam Antek? Dobrze? -
Dobrze - usłyszał w odpowiedzi. Lekarz odwrócił się do Doroty: - Widzi
pani? Ja się go pytam, jak się czuje, a on mówi, że dobrze. A gdybym
spytał kogoś dorosłego? Po kilku dniach, wciąż jeszcze w
styczniu, poprosili ją do siebie lekarze. Poszła sama, Sebastian był w
pracy. Doktor powiedział, że to koniec. W ciągu kilku godzin bądź dni
rak zamknie światło jelita. Antek umrze. Na oddział może wejść
rodzeństwo, Marysia, Róża, Tadzio. Mogą pożegnać się z bratem. Wyszła od
lekarzy, znalazła jakiś kąt, wypłakała się, wróciła do Antka. Akurat
bawił się komórką. Kiedy zobaczył mamę wchodzącą na salę, chciał
koniecznie zrobić sobie z nią zdjęcie. - Mamo, ale nie możesz być taka
smutna, zrobię jeszcze raz, tylko musisz się uśmiechnąć. Na drugim
zdjęciu uśmiechają się oboje.
|